Z ŻYCIA MIASTAZ ŻYCIA MIASTA I POWIATU

RODZINA ZASTĘPCZA, MIŁOŚĆ PRAWDZIWA

Niby są to domy dziecka, ale opiekunów z podopiecznymi łączą zazwyczaj silne emocjonalne więzi. Jest mniej maluchów, ale więcej czasu. I są dorośli chętni do tego, żeby zastąpić rodziców. Chociaż nie należy tego mylić z adopcją. Mowa o rodzinach zastępczych, które  obcym dzieciom ofiarują prawdziwy dom i miłość. Na naszym terenie wzorem do naśladowania jest Wanda Gawron, mieszkanka Strzałkowa (gm. Radomsko), która drzemiące w niej pokłady miłości, umiłowanie do drugiego człowieka oraz chęć dzielenia się tym co ma ofiaruje innym od 15 lat.

Dom dziecka postrzegany jest jako bezduszna instytucja, która wkracza w życie młodego człowieka z przymusu. Dzieje się tak nie tylko w przypadku sierot, ale i osób, których rodzice nie wywiązują się ze swoich zadań opiekuńczo-wychowawczych. Czy jest wobec tego jakaś alternatywa? Są dwie: pogotowie rodzinne, czyli forma tymczasowa trwająca blisko 1,5 roku oraz rodzina zastępcza trwająca do usamodzielnienia się podopiecznego.

W obie formy pomocy zaangażowała się Wanda Gawron, mieszkanka Strzałkowa. – Nie żałuję, chociaż przyznaję bywało różnie, ale czy w biologicznych rodzinach jest tylko sielanka? Gdyby była wyłącznie miłość i szczęście żadna alternatywa do rodzonej matki i ojca nie byłaby dzieciom potrzebna? – usłyszeliśmy podczas rozmowy z panią Wandą.

Pierwsze było pogotowie rodzinne.

Pogotowie rodzinne to miejsce pomiędzy domem dziecka a rodziną zastępczą. Przyjmuje dzieci w nagłych przypadkach w wyniku interwencji sądowych, policyjnych, pozostawienia w szpitalu przez matkę. Pogotowie rodzinne  prowadziłam przez 5 lat.

Dlaczego zdecydowała się Pani na taką formę pomocy innym? 

Byłam nauczycielem, bardzo czynnym nauczycielem. Angażowałam się w wiele akcji. W domu oprócz moich dwóch synów, zawsze było mnóstwo dzieci. Byłam zaangażowana w harcerstwo, zatem często i zbiórki miały miejsce u nas w domu. Po przejściu na emeryturę, zaczęło czegoś mi brakować. Chłopcy opuścili rodzinny dom, jak to się mówi poszli „na swoje”. W dużym domu zostałam sama z mężem. Dużo czytałam o porzuconych dzieciach. W pewnym momencie zaświtało mi w głowie, a może warto przyjąć pod własny dach kogoś komu los spłatał niezłego figla. Bałam się jednak reakcji mojego męża…

Mąż dał się przekonać?  

Nie musiałam do niczego go przekonywać. Sam pewnego dnia zapytał mnie, czy w domu czegoś, kogoś mi nie brakuje. Więcej mówić nie musiał. Tym bardziej, że akurat w Radomsku nie funkcjonowało pogotowie rodzinne. Zaczęliśmy kursy. Łatwo nie było. Historie dzieci, które nam przedstawiano były momentami zatrważające. Po powrocie do domu, zastanawialiśmy się co będzie jeżeli takie trudne dziecko trafi pod nasz dach. Czy sobie poradzimy? To jest odpowiedzialność…

Małżeństwo Gawronów zostało rodziną zastępczą… 

Jak ja to dziś mówię do Gawronów pierwszy ptaszek przyleciał 23 kwietnia 2004 roku. To był w zasadzie młodzieniec. Darek miał bowiem 17 lat. Zanim do nas trafił poniewierał się po komórkach. Jego wielkich, przestraszonych oczu nie zapomnę nigdy.  Mąż przyjął Darka sam, ponieważ ja byłam akurat w Sądzie Rejonowym w Radomsku, gdzie pełniłam funkcję ławnika.

Darek najpierw jadł, jadł i jadł, a potem spał, spał i spał.  Kiedy odespał to, co zaznał złego, zaczęliśmy nawiązywać kontakt. To był naprawdę fajny chłopak.

Miesiąc po Darku trafiła do nas 5 – letnia Ewelinka.  Była wystraszona, nie dała się dotknąć. W ubranku poszła spać.  Po 20 dniach dołączyła do niej trójka rodzeństwa. To była sama słodycz. Dali się jeść łyżkami. Z tymi maluchami zżyliśmy się bardzo.  Synowie zabierali ich na wycieczki, a za mężem to chodzili krok w krok. Zżyliśmy się z tymi szkrabami do tego stopnia, że kiedy przyszedł czas rozłąki mocno go przeżyliśmy. Po oddaniu dzieciaków do Domu Dziecka w Sulejowie nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca w domu, pomimo tego, że cały czas był z nami Darek.

Więź była na tyle silna, że pani Wanda po śmierci męża odwiedzała rodzeństwo wraz z synami w Domu Dziecka w Sulejowie. Uczestniczyła też w komunii świętej jednego z chłopców.

Wanda Gawron pogotowie rodzinne prowadziła 5 lat. W tym czasie swoim wielkim sercem, dobrym słowem, a i skarceniem, słowem matczyną miłością obdarzyła 100 dzieciaków, dla których los okazał się niełaskawy pod różnym względem.  Od 2009 pani Wanda prowadzi zawodową rodzinę zastępczą. 

Jaka jest różnica pomiędzy pogotowiem rodzinnym, a rodziną zastępczą?

Do pogotowia dzieci trafiają na pewien czas. Najdłużej mogą w nim przebywać do 1,5 roku. Potem zazwyczaj trafiają do Domów Dziecka, bywa, że do biologicznych rodziców, czy też rodziny. W rodzinie zastępczej zostają. Obecnie w domu pani Wandy przebywają cztery dziewczynki, które traktują kobietę jak mamę.

Pani Wando, jak to jest wychowywać nie swoje dziecko?

Tak samo jak swoje. Nie miałam i nie mam żadnych oporów, naprawdę, wręcz przeciwnie.  Nigdy nie miałam żadnych blokad przed obcymi dziećmi, dostawałam obce dziecko i kochałam, kocham je tak jak swoje.

xxx

Potwierdzeniem na to, co mówi Wanda Gawron są słowa listu, który kobieta otrzymała od osoby która „wyszła” spod jej skrzydeł.  „Człowiek jest tyle wart ile może pomóc innemu. Te słowa w różnych losach mojego życia towarzyszyły mi jako przysłowie, z różnym skutkiem… Dziś jestem skromnym, z nienajlepszą przeszłością człowiekiem. Jednak moją samoocenę podnoszą ludzie napotkani na mojej drodze życia. Ludzie, którzy przedkładają dobro innych ponad swoje. Pani osoba (czytaj Wandy Gawron – dop. red.) jest na szczycie wartości, które człowiek może posiadać.”

Pokaż więcej
Carisma

Powiązane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź również

Close
Close
Close